Spacer Wąwozem Masca

Po średnio udanej przygodzie z wulkanem postanowiliśmy odbyć „spacer” Wąwozem Masca, który z założenia miał charakteryzować się cieplejszym klimatem. Wąwóz ciągnie się przez kilka kilometrów od miasteczka Masca aż do samego morza, do przystani przy Los Gigantes. Postanowiliśmy dojechać na miejsce samochodem, z przystani wziąć łódkę do Puerto de Santiago, a następnie taksówkę drogą lądową do Masci, po auto. Dojazd serpentynami przyprawił nas o chorobę lokomocyjną – w życiu się tak nie nakręciliśmy kierownicą! TO uczucie miało nam jeszcze towarzyszyć dwukrotnie. Masca to w skrócie kilka knajpek, parę sklepów z pamiątkami, przydrożni obieracze opuncji, parking oraz wejście na szlak. Skorzystaliśmy z tych dwóch ostatnich i wyruszyliśmy w dół.

Spacer wąwozem to nie jest zwykły spacer. Oprócz obcowania z dziką przyrodą i cieszenia oczy wznoszącymi się na kilkadziesiąt metrów stromymi zboczami konieczne jest nierzadko przeskakiwanie nad większymi szczelinami skalnymi, łapanie się łańcuchów i schodzenie po dość stromych żlebach. Tak, w połowie trzygodzinny spacer nie przypomina spaceru, ale wspinaczkę górską. Nic więc dziwnego, że do samej przystani dotarliśmy wykończeni, bardzo ciesząc podniebienie średnio schłodzonym piwem z turystycznej lodówki i jeszcze bardziej ciesząc się, że zdążymy na ostatni prom odpływający za 20 minut i nie będziemy musieli powtarzać drogi, tym razem w górę. Warto pamiętać, że płatność za łódkę jest wyłącznie gotówką, bo w okolicy nie ma oczywiście niczego przypominającego bankomat 😉

Po obfotografowaniu kolonii krabów, z której mniejsze i większe osobniki licznie oblegały przybrzeżne kamienie, załadowaliśmy się na łódź, która miała nas zabrać do Puerto de Santiago. Zajęliśmy najbardziej kozackie miejsca (na tyle „autobusu”) i mogliśmy oddać się całkowicie podziwianiu górujących nad wybrzeżem oceanu klifów Los Gigantes. Podczas tej 15-minutowej podróży mieliśmy okazję obcować z całą ławicą delfinów (słowo „ławica” nie brzmi najlepiej w kontekście rozmowy o ssakach), które przyjacielsko podpłynęły do burty prawie na wyciągnięcie ręki i ochoczo wynurzały się z wody pokazując nam swoją błyszczącą w słońcu skórę.

Po dotarciu do portu poświęciliśmy kilka minut na higienę turystyczną (siku+bankomat) i odbyliśmy z taksówkarzem równie ambitne, jak bezowocne negocjacje kosztu dojazdu do Masci. Senior bierze 25€ i patrząc z perspektywy osoby, która łącznie 3 razy przebyła te serpentyny, wcale mu się nie dziwię, że cena nie podlega negocjacji 😉 Zanim dotarliśmy na miejsce byliśmy zieloni. Sok z kaktusa i 30 minut spaceru nie zmienił położenia mojego żołądka, który nieugięcie przykleił się do przełyku i miał tam pozostać do końca tego dnia. W drodze powrotnej udało nam się złapać ostatnie promyki zachodzącego słońca, które możecie podziwiać poniżej.

Dodaj komentarz