Pierwszy dzień w Ejlacie, czyli czym zaskakuje Izrael?

Nie rozważalibyśmy Izraela jako celu naszych wypraw wakacyjnych w dającej się przewidzieć niedalekiej przyszłości. Ten kierunek nie kojarzył nam się atrakcyjnie szczególnie, że nie należymy do osób specjalnie religijnych. Jednak miałem to szczęście i w Radiu Kraków wygrałem bilety lotnicze Ryanairem z Krakowa do Ejlatu, co było wystarczającym pretekstem do większego zainteresowania się tym krajem. I już pierwszego dnia mogliśmy się przekonać, czym zaskakuje Izrael…

Bo Izrael jest ciekawy…

Izrael to Państwo, które jest ciekawe pod wieloma względami i w zasadzie na każdym kroku napotyka się kolejne ciekawostki. Pierwsza spotkała nas już w samolocie, a była nią grupa ortodoksyjnych żydów w swoich tradycyjnych czarnych płaszczach i kapeluszach z szerokim rondem. W zasadzie mogliśmy się ich spodziewać w tym samolocie, w końcu kierunek z Krakowa do Ejlatu jest tak samo popularny jak z Ejlatu do Krakowa. Oczywiście nie sama obecność kilkunastu odmiennie ubranych osób była dla nas tak ciekawa, ale ich zgoła odmienne od reszty pasażerów zachowanie. Każdy taszczył ze sobą po kilka „sztuk bagażu” – reklamówek, worków, toreb, walizek no i oczywiście pudełko na kapelusz. Podejrzewam, że w bagażu wieźli ze sobą po prostu koszerne jedzenie. Ich zachowanie i gesty również wyróżniało ich na tle pozostałych pasażerów i mieliśmy nieodparte wrażenie podróży z kosmitami 😉

Lotnisko wojskowe Ovda obsługuje kilka lotów pasażerskich

Po niecałych 4h wylądowaliśmy na lotnisku Ovda, które znajduje się 60km na północ od Ejlatu. Lotnisko jest na pustyni, co oprócz tego że było żółto (raczej brudno-żółto) wiązało się z trwającą lekką burzą piaskową. Oczywiście nie była to burza jak w filmach, nie ten kaliber. Jednak w powietrzu niesiony był pył pustyni, który w pewnym stopniu ograniczał dopływ słońca do powierzchni ziemi. Skutkowało to tym, że spragnieni wygrzania się w ciepłym kraju zostaliśmy na początek poczęstowani raczej umiarkowanie ciepłą pogodą z całkiem rześkim wiatrem. Ale zanim skosztowaliśmy klimatu pustyni, otworzyły się drzwi do samolotu i powitał nas agent Mossadu…

Hello Ma’m, is everything ok? Are ALL passengers ok?

Ponieważ mieliśmy miejsca w pierwszym rzędzie, mogłem obserwować pracę obsługi lotniska z bliska. Po potwierdzeniu przez stewardessę, że nie ma problemów na pokładzie, miły pan w ciemnych okularach dał znak drugiemu, który stał z karabinem maszynowym w odległości kilkunastu metrów od samolotu. Ten zaraportował coś przez krótkofalówkę, kiwnął kolejnemu uzbrojonemu jegomościowi po jego prawej i mogliśmy opuścić samolot. To był pierwszy przypadek tak zaawansowanych środków ostrożności, ale w trakcie tego pobytu mieliśmy się z nimi spotkać jeszcze wielokrotnie.

Aby przekroczyć granicę Izraela należy się dobrze przygotować. Funkcjonariusz służby bezpieczeństwa zadaje pytania w sposób, który nawet najbardziej doświadczonych podróżników o kryształowo czystych intencjach może przyprawić o strużkę nerwowego potu na plecach.

Jaki hotel? Ile nocy? Z kim, kiedy, na jak długo? Co chcecie zwiedzać? Po co? Gdzie jest Twój mąż? Gdzie jest Twoja żona? Czemu nie jesteście razem przy tym samym okienku? 😉

Oczywiście wszystkie pytania zadawane są z kamienną twarzą, niektóre są dla pewności powtarzane i trudno nie odnieść wrażenia, że to wszystko jest na prawdę na poważnie. Po krótkiej chwili udało nam się przekonać celników, że nie jesteśmy palestyńskimi terrorystami i wpuszczono nas do Izraela 🙂

Widok z apartamentu na Ejlat, widać fragment pasu startowego oraz hotele kurortuDroga łącząca lotnisko Ovda z miastem Ejlat biegnie wzdłuż granicy izraelsko-egipskiej, o czym nie pozwala zapomnieć 4-metrowe metalowe ogrodzenie, z grubymi stalowymi słupami, częstymi kamerami, posterunkami pograniczników oraz kłębiącymi się drutami kolczastymi. Kilka metrów dalej w stronę Egiptu widać ogrodzenie postawione przez Egipcjan – o znacznie mniejszych walorach obronno-prewencyjnych. Co kilka kilometrów nasz autobus napotykał drogowe schrony, których celem jest umożliwienie ukrycia się samochodu czy autobusu przed ewentualnym ostrzałem zza granicy. Pierwszy raz widziałem takie coś na oczy i chwilę mi zeszło zanim rozgryzłem cel tego ustrojstwa. Obrazu przygranicznej obronności Izraela dopełniały kryjówki dla snajperów, które średnio zamaskowane wieńczyły szczyty niektórych wzgórz. Można je było poznać po czarnej poziomej szczelinie wyróżniającej się z brudnej żółci pustynnego wzgórza, przykrytej od góry siatką maskującą. Ot, lokalny folklor – strzeżemy pustyni…

Po dotarciu do Ejlatu i odebraniu „kopytka” z wypożyczalni samochodów (nasz Nissan Micra przypominał kopytko zarówno pod względem gabarytów, stanu karoserii oraz mocy – ruszał z kopytka) poczyniliśmy pierwsze obserwacje. Ruch uliczny był dość umiarkowany, jednocześnie nie charakteryzował się „aż takim” chaosem jak w innych państwach Półwyspu Arabskiego, co prawdopodobnie wynikało z kultury (drogowej i tej, eee, „normalnej”, ludzkiej). Zaskakujące było jednak spotkanie z „pędzącym” na sygnale świetlnym radiowozem – funkcjonariusz spacerowym tempem podjechał do ronda świecąc dookoła kogutem. To skłoniło mnie do ustąpienia mu pierwszeństwa, co z kolei wywołało na jego twarzy wyraz zdziwienia – był szczerze zaskoczony, że chciałem przepuścić radiowóz na sygnale, kiwnął mi ręką dziękując i pojechał dalej… Po kilkuset metrach przejażdżki to jednak ja byłem bardziej zdziwiony gdy okazało się, że wszystkie radiowozy krążą po mieście na sygnale świetlnym. Ot tak, chyba dla świętego spokoju jego mieszkańców.

Widok na zatokę w Ejlacie z kurortami, w tle góry już po stronie Jordanii.Drugim zaskoczeniem było spotkanie z bankomatem. Bankomat był miły, mówił nawet po angielsku, przyjął mojego Mastercarda po czym odmówił wydania pieniędzy. Sytuacja powtórzyła się z dwoma kolejnymi bankomatami tej samej marki i dopiero po odnalezieniu w centrum handlowym bardzo ładnego nowszego bankomatu udało się wyjąć pieniążki. Sytuacja z bankomatami miała się powtórzyć jeszcze w Jerozolimie, co w pewien sposób komplikowało nam życie i kosztowało kilkadziesiąt minut poszukiwań. Stare bankomaty są o wiele częściej spotykane w Izraelu, a nie chciały czytać moich Mastercardowych kart Aliora (czy to walutowych czy złotówkowych). We wszystkich terminalach płatniczych nie było z nimi problemu. Warto mieć więc przy sobie trochę gotówki wybierając się do tego kraju, aby nie marnować czasu na poszukiwanie nowszych bankomatów.

Trzecim zaskoczeniem był brak możliwości zakupu karty sim z pakietem internetowym. Krążyliśmy pomiędzy butikami z elektroniką, kioskami, supersamami i nie mogliśmy się nadziwić, że w turystycznej miejscowości nie da się kupić karty sim do telefonu! Z pomocą przyszedł nam pewien młody człowiek, z kolejnego punktu z doładowaniami i wyjaśnił, że w Izraelu to nie jest takie proste, że karty sim się rejestruje na imię i nazwisko, czeka na ich aktywację, itd. Podobno była jakaś możliwość zakupu karty sim z Internetem i nawet istniała szansa, że zadziała ale zrezygnowaliśmy. Koszt około 150zł za Internet w telefonie na 1 tydzień to jednak sporo. Uznaliśmy, że szkoda kasy na te frykasy – zrobimy sobie tydzień online’owego detoksu 🙂

Otwarte sieci Wi-Fi są raczej zjawiskiem powszechnym w Ejlacie…

Lotnisko w Ejlacie wieczorową porąEjlat jest typowym kurortem. I można przyznać, że od innych kurortów niewiele go różni. Są tutaj knajpiarnie, kebabiarnie, hamburgerownie, pizzerie, pijalnie i jadalnie. No i jest lotnisko. Z reguły lotniska są umiejscawiane w pewnej odległości od centrum miasta, no chyba że warunki geologiczne na to nie pozwalają – na przykład lotnisko jest na wyspie, a wyspa jest bardzo mała. W przypadku Ejlatu trudno mi zrozumieć, dlaczego lotnisko zbudowano w centrum miasta. Dokładniej to „w CENTRUM miasta”. Tak, lotnisko w Ejlacie dzieli miasto na pół, pas startowy rozpoczyna się 200 metrów od brzegu morza i ciągnie się przez całą długość miasta. Lądujące i startujące samoloty stanowiły dla nas sporą atrakcje, szczególnie że taras naszego apartamentu wychodził wprost na pas startowy 🙂

Dodaj komentarz