Tajskie jedzenie, rum i malarone

taj_grilluje_kurczaka_na_floating_market

Tajlandia to taki śmieszny kraj na drugim końcu świata, w którym potencjalnie można nabawić się dwóch przypadłości. Jedna, mniej prawdopodobna, to zarażenie się malarią. Druga, bardziej prawdopodobna, to zatrucie pokarmowe, spowodowane przez tajskie jedzenie. Na obydwie przypadłości mieliśmy swoje sposoby; w zasadzie to każdy miał swoje własne sposoby, dosłownie 🙂

grzybki_z_tajskiego_grilla– Malarone! – 500 zł poproszę!

W Tajlandii niewiele miejsc wiąże się z ryzykiem zarażenia pasożytem malarii. W zasadzie to trudno w zwykłym zwiedzaniu tego kraju natrafić na teren rzeczywiście niebezpieczny, a do tego dać się pokąsać akurat komarowi-nosicielowi. Niestety nawiedzony lekarz medycyny podróży zalecił Krzyśkowi nabycie drogą kupna Malaronu, na wszelki wypadek. A ten, w ferworze sprawdzania mejlika i efbusia, nie zorientował się, kiedy Pani aptekarka nabiła mu 500zł na paragon. Szybka płatność kartą (ach te szybkie terminale!), chwila dekoncentracji i następuje trwożne oświecenie – ILE?! W sumie to już nieważne ile, płatność przeszła, leków nie da się zwrócić. Malarone zakupiony, trzeba używać…

nawet_nie_wiem_co_to_jestSkutki uboczne niczym malaria

Zdania odnośnie skutków ubocznych Malaronu są podzielone. Jedni twierdzą, że nic im nie dolega. Inni, że efekty uboczne stosowania są tak przykre, że dorównują niemal samej malarii. Pech chciał, że Krzychu okazał się należeć do tej drugiej grupy i byliśmy świadkami, jak kolejne tabletki wysysają z niego energię życiową. Mdłości po kilku dniach miały przejść – nie przechodziły. Poczucie dobrze wydanych funduszy nie ogarniało ani nas, ani tym bardziej Krzyśka 🙂

Krzychu łykał swoje Malarony, jego twarz zmieniała kolory, my cieszyliśmy się dobrym samopoczuciem i niezłym zdrowiem. Postanowił odłożyć tabletki w momencie, kiedy ksywa „Malaron” zaczęła do niego powoli przywierać. I mniej więcej w tym samym czasie, kiedy zjadliwe tajskie bakterie pokarmowe zaczęły się dobierać do nas…

kolejne_tajskie_jedzenie_z_tajskiego_grilla

Tajskie jedzenie – łagodne czy pikantne?

W odróżnieniu od preferencji Ani – lubię jeść na ostro. Uważam, że tajskie jedzenie powinno być pikantne, inaczej traci smak właściwy dla tej kuchni. Jednak ostrość jaką znamy z europejskich stołów, nawet ostrość jakiej można zaznać w „tajskich restauracjach dla turystów” nie jest nawet w przybliżeniu tak ostra, jak ostrość dla lokalsów, serwowana w „restauracjach dla prawdziwych Tajów”. I jeśli natraficie w menu takiej „prawdziwie tajskiej” knajpy na pisane niezrozumiałymi robaczkami danie, obok którego dumnie ktoś postawił trzy czerwone papryczki – strzeżcie się!

Ja się nie ustrzegłem. Nie to, żebym nie zjadł, o nie! Zjadłem, nawet mi smakowało (w granicach rozsądku). Challenge accepted! Jednak fakt, że zupka weszła jedną stroną nie oznacza, że żołądek to przyjmie 🙂 Aby oszczędzić dalszych szczegółów powiem tylko, że z lekko poparzonym przełykiem i żołądkiem musiałem na kilka dni pożegnać się z ostrymi, a nawet lekko pikantnymi potrawami. Każda odrobina kapsaicyny powodowała u mnie reakcję wręcz alergiczną, ból brzucha i w ogóle męki piekielne. I wtedy dowiedziałem się, po co Tajom ostre potrawy.

tajskie_jedzenie_to_rowniez_klasyczny_pad_thaiStrzeż się łagodnego tajskiego jedzenia!

Klimat Tajlandii (czy generalnie dalekiej Azji) jest wyjątkowo sprzyjający do rozwoju bakterii pokarmowych, do których europejczycy nie są specjalnie przyzwyczajeni. Przy 36 °C oraz wilgotności sięgającej 80% pokarm psuje się w mgnieniu oka. Dodawanie ostrych przypraw powoduje, że wszelkie paskudztwo rozwijające się w serwowanych daniach ginie, a te nam nie szkodzą.

Lekkie zatrucie pokarmowe dopadło wszystkich, jednak mnie potraktowało szczególnie dotkliwie. Przez 3 kolejne dni chodziłem średnio przytomny, zemdlony, zielony. Musieliśmy zmienić plany, odłożyć przemieszczanie się na kolejne dni. Aż czwartego dnia z rana, w przypływie geniuszu krzyknąłem „wódka” i wybiegłem do sklepu. Kieliszek mocnego alkoholu przed posiłkiem pozwolił mi w ciągu jednego dnia wrócić do siebie, odżyć, pozbyć się wszelkich niedogodności. Takie proste to było, a zajęło tyle czasu…

tajski_grill_z_owocami_morzaPicie rumu przed południem nie czyni z nas alkoholików. Czyni z nas piratów!

W Tajlandii nadal jest w miarę tanio, jednak wódka jest niestety dość droga. Rozwiązaniem odwiecznego problemu finansowania alkoholu okazała się zamiana ruskiej wódki na tajski rum. Sang Som, bo taką nazwę nosił ten „szlachetny” trunek, stał się naszym nieodzownym przyjacielem podczas podróży po kraju. Nie opuszczał nas na krok, służył pomocą, spędzał z nami poranki i wieczory. Małymi dawkami dbał o nasze zdrowie i dobre samopoczucie. Do końca wyprawy nie doświadczyliśmy żadnych dodatkowych sensacji żołądkowych.

Więc jeśli wybieracie się do Tajlandii, to dwie rady:

  1. Spożywajcie ostre tajskie jedzenie, ale na modłę europejską.
  2. Pijcie rum* 🙂

* żeby nie było wątpliwości: to nie jest nawoływanie do spożywania alkoholu, ale paramedyczna porada wynikająca z własnego doświadczenia 🙂

Dodaj komentarz