Oatman – miasteczko opanowane przez osły

W Arizonie, na trasie dawnej Route 66, ukryta na południowym krańcu Black Mountains, leży osada Oatman. To wymarłe przed niemal stu laty miasteczko ostatnio ponownie ożyło, a to za sprawą mody na odkrywanie historycznej Drogi-Matki. Oatman nie jest jak inne miasta, jakie poszukiwacze legendy Route 66 spotykają na swojej drodze. Jest jak wehikuł czasu…

W samo południe na dzikim zachodzie

Oatman to osada, która jest żywcem wzięta z westernówWjeżdżamy do miasteczka główną drogą (innej w końcu nie ma) i natrafiamy na koreczek. Kilka samochodów przed nami zatrzymało się przed tłumem ludzi, którzy zgromadzili się na środku Main Street. Jakieś zamieszanie, słychać wystrzały rewolwerów, nad tłumem unoszą się pojedyncze obłoki wypalonego prochu. Jesteśmy świadkami inscenizacji, jaką mieszkańcy Oatman kilka razy dziennie odprawiają dla przyjezdnych.

Ów inscenizacja nie jest jednak obowiązkową pozycją dla odwiedzających Oatman. Samo miasteczko jest jakby wprost wyciągnięte za ostrogi z klasycznego westernu. Jest tutaj saloon, jest biuro szeryfa i więzienie. Jest nieczynny Oatman Hotel, w którym straszy duch Clarka Gable’a i Carole Lombard, którzy spędzili tutaj noc podczas swojej podróży poślubnej. Są tutaj również placówki kupieckie, w których obecnie można nabyć pamiątki, a dawniej szwarc mydło i powidło. Wszystko wygląda całkiem autentycznie, pomimo silnego szlifu turystycznego. Jednak Oatman jest wyjątkowe z zupełnie innych względów…

Tu osły. Przejmujemy Oatman!

W Oatman osiołki napadają na turystów grupkamiW pojedynkę i grupkami. Leżąc, stojąc, przeganiając rywali w walce o smakołyki. Osły w liczbie kilkudziesięciu osobników opanowały osadę Oatman. Tutaj nie mówi się na nie donkeys ale burros (z hiszpańskiego) i są nieodłącznym elementem lokalnego folkloru. Burros spacerują sobie tam i siam, wymuszają jedzenie od turystów, dają się pogłaskać, strzelić selfiaczka. Jednak ich pluszowatość to tylko gra pozorów…

Samotny burro na Main Street w OatmanTak, trudno w to uwierzyć, ale burros są zdziczałymi potomkami osiołków wykorzystywanych przed wiekiem w pobliskich kopalniach do transportu wyrobku. Gdy górnicy opuszczali wyeksploatowane sztolnie nie zatroszczyli się o zabranie osłów ze sobą, a te, nie mając nic do stracenia, przystosowały się do życia w górach i dziś stanowią nie tylko atrakcję turystyczną, ale realne niebezpieczeństwo. Bo przecież taki burro wychodzi na drogę, żądając myta za przejazd, a jak mu nic nie dasz to nie zejdzie! Do tego potrafi podbiec i ukradkiem podgryźć twojego loda na patyku, albo hot-doga, pozbawiając człowieka obiadu! Koszmar! Stąd w okolicy pokuszono się o znaki drogowe „uwaga osły”, które widzieliśmy kilkukrotnie po drodze, a które powodowały u nas niepohamowaną wesołość 🙂

Tchnienie burro

Samotny osiołek robi zakupy w OatmanSpacer po Oatman zakończyliśmy obiadem w Olive Oatman Restaurant, znajdującej się w środku osady knajpki (swoją drogą wszystko tutaj było w środku osady, bo niczego poza środkiem nie było, ale do brzegu…). Trochę turystów, szybkie menu i brak piwa, heh. Burgerów z ośliny nie było, ale od razu wpadł mi w oko hamburger, którego wyjątkowość wróżyła nazwa: Burro Breath Burger. Kanapka na którą chuchał osiołek?! Biorę!

Wystrój restauracji Olive OatmanW kanapce nie było czuć osiołka, ale burgerek jest zawsze dobrym wyborem kiedy człowiek nie ma wyboru 🙂 Dokończyliśmy spacer po Oatman i wpakowaliśmy się do auta – tego dnia chcieliśmy dotrzeć jak najbliżej Death Valley, aby z samego rana móc uderzyć do najniżej położonego miejsca w Ameryce Północnej. Ale to już zupełnie inna historia, która doczeka się opisania w kolejnych wpisach 🙂

1 Comment

  1. […] W planach naszej podróży po Route 66 mieliśmy trasę obejmującą około 300 kilometrów, którą podzieliliśmy na dwa etapy. Rozpoczęliśmy w nieciekawej miejscowości Flagstaff, poprzez ciekawsze Seligman, Pech Springs i Kingman, no i zakończyliśmy w Oatman, dużo ciekawszej, bo opanowanej przez osiołki, o czym pisałem tutaj. […]

Dodaj komentarz