Jackowo, czyli spotkanie z Polonią w Chicago

Tablica Polish Village przy Milwaukee Avenue

Będąc w Chicago i mając w krwiobiegu biało-czerwoną krew, interesując się dodatkowo obserwacją zjawisk społecznych, nie sposób było nam odpuścić sobie wycieczkę do dzielnicy Avondale, czyli osławionego Jackowa. Jackowo było swojego czasu drugim co do liczebności polskim miastem, zaraz po Warszawie. W latach 70-tych i 80-tych zjeżdżali się tutaj za chlebem imigranci z naszej ojczyzny. A my, podczas naszej podróży po USA, postanowiliśmy sami doświadczyć klimatu tego miejsca, w Niedzielę Wielkanocną 2017.

Na miejsce udaliśmy się metrem, kierując swe kroki z downtownu do najbliższej stacji. Tam doświadczyliśmy pierwszych tego dnia narodowościowych emocji, kiedy to automat z biletami na metro chciał się z nami komunikować po polsku! Cóż za interesujący sygnał, zdecydowanie nastrajający optymistycznie 🙂

Jackowo – na tropie Polonii

Po opuszczeniu kolejki błądziliśmy trochę po okolicy. Minęło jakieś pół godziny, zanim złapaliśmy trop w postaci pojedynczych szyldów i reklam w rodzimym języku. Okazało się, że krążyliśmy dookoła polskiej dzielnicy, zamiast zanurzyć się wgłąb osiedlowych uliczek. Wreszcie udało nam się zlokalizować na mapie położenie Kościoła Św. Jacka (St Hyacinth Church) i z każdym krokiem otoczenie stawało się coraz bardziej „polskie”.

Nieczynny Polski Sklep w Jackowie w ChicagoJednak ta „polskość” była inna niż ta, którą znamy z naszego kraju. Jak kalkomania polskiej reklamy lat 70-tych w zderzeniu z zamierzchłym kapitalizmem USA. Tym, gdzie każdy mógł zostać milionerem, zakładając swoją małą działalność. Tym, gdzie lekko otłuszczone twarze w za dużych okularach, osadzone na staromodnych garniturach, zachęcają przechodniów do skorzystania ze swoich usług. Dziesiątki szyldów, wystaw, reklam patrzyło na nas smutno, przesiąknięte przykurzonymi marzeniami o lepszym życiu. Zasłaniając sobą lekko sypiący się tynk, przykryty nakładanymi przez dziesięciolecia kolejnymi warstwami farby.

Kwiaciarnia Szarotka w Jackowie w ChicagoWszystko to budowało atmosferę jakiegoś odrealnienia. Poplątania stanów i czasów, z którym ludzie musieli sobie jakoś poradzić. I być może 45 lat temu nie było to aż tak jaskrawe, lecz dziś patrzyliśmy na Jackowo jak na jakieś źle poskładane puzzle, wyciągnięte z czeluści dawno nieotwieranej szafy. Kwiaciarnia „Szarotka”, bufet „Czerwone Jabłuszko”, klub „Podlasie” – Jackowo trąciło komuną, linkując do alternatywnej rzeczywistości słusznie minionych czasów.

W Bazylice Św. Jacka

Podstawa pomnika JP2 w Jackowie w ChicagoPostanowiliśmy wejść do Bazyliki. W końcu była to Niedziela Wielkanocna, więc nie sposób znaleźć lepszą okazję na obserwację Amerykańskiej Polonii niż tradycyjny obrządek wielkanocny. Na dziedzińcu powiewały flagi polska, amerykańska i papieska, stanowiąc tło dla pomnika papieża Polaka. Kościół zaś, jak to kościół – duży, wypełniony w niewielkim stopniu wiernymi, jak na rangę okoliczności. Weszliśmy do środka akurat podczas wypominków, mijając w milczeniu tablicę upamiętniającą katastrofę smoleńską osadzoną na ścianie w przedsionku.

Wnętrze Bazyliki Św. Jacka w ChicagoWyczytanie listy zmarłych nie odbywało się jak u nas – niemal każda z wyczytanych osób została opatrzona komentarzem na temat miejsca jej śmierci. „Zmarł w Polsce”, „zmarł w Ameryce, nigdy nie wrócił do kraju”, „zmarł w kraju, gdzie wrócił na ostatnie lata życia”, „zmarł w Polsce, nigdy nie dołączył do rodziny w Ameryce”. Było to dla nas tak uderzające, że kilkukrotnie rozmawialiśmy później o tym, jak miejsce śmierci może być ważne dla tych, co jeszcze żyją. Jak można pielęgnować pamięć o zmarłych w kontekście tego gdzie umarli. Jak ważna również dla emigrantów jest pamięć o ojczyźnie, tląca się gdzieś w głębi serca i podgrzewana takimi małymi gestami. I jak wielkim pragnieniem jest spocząć w ojczystej ziemi…

Wyszliśmy z kościoła nieco poruszeni, w lekkiej zadumie.

Spokojnym spacerkiem udaliśmy się do pubu, w końcu niedziela…

Śniadanie Wielkanocne w pubie Podlasie

Nieczęsto mam okazje spożywać śniadanie wielkanocne w pubie. W zasadzie to z ręką na sercu mogę powiedzieć, że nie robiłem tego nigdy wcześniej. Tym razem jednak było inaczej i zwykłe wpadnięcie na jedno piwo zamieniło się w tradycyjne objadanie się jajkami i wędlinami. Ale po kolei…

Widok za bar w pubie Podlasie, Jackowo, ChicagoWnętrze pubu Podlasie nie odbiegało niczym od typowych klubów, jakie pamiętam z połowy lat 90-tych. Taka spelunka, z tanim piwem, telewizorem z jakimś meczem i grupą ludzi, którzy nie mają nic lepszego do roboty, jak siedzieć w środku i narzekać. Poza jednym szczegółem: za barem znajdowała się wystawka, swoisty ołtarzyk z polskim godłem z orzełkiem. Interesujące… Zajęliśmy dwa hokery przy barze i zamówiliśmy po piwku. Miła blondynka w połowie swoich 50-tych lat stwierdziła: „sorry guys, I have to see your ID’s”. Miło 🙂 Moja dłoń sięgnęła do kieszeni by po chwili położyć na ladzie bordowy dokument z orzełkiem na okładce.

Roman, patrz! Polacy! Polacy!

Roman był 60-letnim siwym mężczyzną, zajmującym miejsce obok nas i popijającym leniwie zawartość szklanicy. Po miłym przywitaniu zaangażowaliśmy się w jeszcze milszą rozmowę, na temat tego skąd jesteśmy, skąd oni są i kiedy tutaj przyjechali. Jak żyją i co im się po głowach kołacze na co dzień. Z tej dyskusji dowiedzieliśmy się, że kiedyś tutaj (czyli na Jackowie) byli sami Polacy, nie to co teraz, jak się nazjeżdżali ci meksykańce. Że młodzi powyjeżdżali, nie chcą tutaj zostawać. A oni siedzą tutaj, przeżywając dzień za dniem, powoli się starzejąc. Zapuścili korzenie, tęsknią za Polską, ale tutaj jest ich dom. Ojczyznę pamiętają tak, jak ją zostawili, te 40-45 lat temu.

Tradycyjne barowe selfie z tubylcamiPytali nas, co słychać w kraju. Czy dobrze się żyje. W tych pytaniach czuć było tęsknotę, ale do innej zupełnie Polski niż ta, która jest obecnie. My chcieliśmy opowiedzieć o jednym kraju, a oni w sumie słuchać o innym. Co mieliśmy powiedzieć na temat tego, jak transformacja zmieniła Polskę? Ludziom, którzy pamiętają głęboką komunę, puste półki w sklepach, izolację społeczno-gospodarczą? Że teraz jesteśmy w Unii, że wpompowano w nas ogromne dotacje i każdy pipidówek wypiękniał, przypominając teraz bardziej idylliczne wyobrażenie zachodu, a nie zapyziały kraj za żelazną kurtyną? Że można jechać z dnia na dzień za granicę, gdzie ci się żywnie podoba i czuć się tam jak u siebie, bez kompleksów? Osobom, które szczycą się tym, że przez 40 lat jak tu mieszkają nie były nigdy w downtownie? Heh…

Polak, Meksykanin – dwa bratanki?

Tej naszej rozmowie przyglądali się dwaj Meksykanie, siedzący trochę dalej przy barze. Nie rozumieli ani słowa oczywiście, jednak Roman ładnie nas przedstawił, powiedział że przyjechaliśmy z Polski i w ogóle to taki miły dzień. W pewnym momencie jeden Pedro postawił nam po piwie, w ramach przyjaźni meksykańsko-polskiej. A drugi zaproponował fotkę!

„Do you wanna a picture with Mexicans?”

Pewnie że wanna 🙂

Pamiątkowe zdjęcie z Narcos, Jackowo, ChicagoZ chęcią przystaliśmy na propozycję skosztowania wędlinki i jajeczka, wypiliśmy jeszcze po jednym piwie i postanowiliśmy wyruszyć dalej. W ramach przyjaźni polsko-meksykańskiej postawiliśmy Romanowi i Narcos rewanżową kolejkę i opuściliśmy lokal. To był najwyższy czas aby wracać do centrum. Do tego wielkiego świata pędzących ludzi i monstrualnych wieżowców. Do tej wielkiej Ameryki.

Zostawiliśmy Jackowo takim, jakim je zastaliśmy.

Dodaj komentarz