Umrzeć z głodu w krainie grubasów

Moja hamburgerowa twarz i hamburgerowe oczy

Drzwi stacji benzynowej zamknęły się za mną z cichym odgłosem domykania. Spodziewałem się poczuć w środku powiew klimatyzowanego powietrza, jednak różnica w temperaturze była niewielka. W Arizonie końcem kwietnia jest gorąco, jednak nie aż tak aby uruchamiać klimatyzację na przydrożnych zapyziałych stacjach. Moje spojrzenie przeskoczyło po półkach sklepowych wypełnionych batonami, chipsami, orzeszkami. Ominęło szerokim łukiem wyspę z grillowanymi (pieczonymi?) kawałkami kurczaka o bliżej nieokreślonym pochodzeniu i bliżej nieokreślonym składzie panierki, na co wskazywał awangardowy kolor tłuszczu – kuchnia amerykańska. Wzrok zatrzymał się dopiero na regale chłodniczym, gdzie znajdowały się trójkątnie ścięte kanapki…

Stacja benzynowa – główny punkt żywieniowy

Po tygodniu spędzonym w Stanach nie mieliśmy złudzeń – poza znaczącymi miejscowościami, skupiającymi minimum kilkadziesiąt tysięcy luda, trudno będzie odżywiać się należycie. Ileż można ładować w siebie gofrów z gotowego ciasta z bitą śmietaną, czekoladą i owocami w słodkim syropie?! Omlety, napakowane serem, odpakowane warzywami. A do obiadu chipsy, ale nie te angielskie, czyli nasze frytki, ale czipsy! Najprawdziwsze, bezwartościowe, Lejsy! Jak się okazało, ludzie poza miastami żywią się na stacjach benzynowych. A to, co najlepszego na stacji do jedzenia, to właśnie trójkątne kanapki!

Typowe amerykańskie śniadanie - gofr z bitą śmietaną…podszedłem niepewnie do regału z kanapkami, mijając po drodze Indianina nieruchomego jak totem, być może z powodu swojej tuszy. Im byłem bliżej kanapki, tym szybciej moja nadzieja na sensowny posiłek gasła, gdyż po poziomie nadmuchania hermetycznie zafoliowanych opakowań wnioskowałem, że nie są najpierwszej świeżości. Zatrzymałem się i chwilę pokontemplowałem naszą sytuację – kontemplacji sprzyjała latynoska muzyka sącząca się z radia, przy akompaniamencie bzyczenia much nad głową. W sumie to aż tak nie jestem głodny… Kolejna stacja za niewiele ponad 100 mil, a mamy jeszcze krakersy w aucie. Wytrzymamy.

Kuchnia amerykańska, czyli prawdziwy hamburger

Wejście do Billy Goat Tavern w Chicago

Buła, mięcho, pomidor – klasyka. Przecież w ojczyźnie fastfoodu nie da się przejść obojętnie obok hamburgera. I o ile w różnorakich restauracjach przyhotelowych klasyka obowiązuje w wydaniu znanym nam z typowych polskich naśladowców szybkiej kuchni amerykańskiej, to już w prawdziwych burgerowniach danie to wygląda trochę inaczej. Z resztą całe doświadczenie przebywania w takim miejscu wygląda inaczej, ale po kolei…

Spacerowaliśmy sobie po Magnificent Mile w Chicago, jak typowi turyści. Tu fotka, tam fotka. Tu wieżowiec, tam jakiś pomnik – słowem: zwiedzanie. Z zachwytu nad architekturą Wietrznego Miasta wyrwało mnie znajome wibrowanie komórki w kieszeni – w końcu po to kupiliśmy amerykańskie karty sim z danymi pakietowymi żeby mieć kontakt ze wszechświatem (czytaj: z Polską). Na ekranie zamiast zwyczajowych emotek nadsyłanych przez siostrzeńca widniał jakiś adres, z dopiskiem:

Koniecznie idźcie tu na burgera 🙂 Knajpa jest pod mostem. Klimat dobry i burger też dobry!

O lepszej rekomendacji nie marzyliśmy, gdyż klimat i burger to to, czym chcesz napełnić gębę, szczególnie po zwiedzaniu pełną gębą. Ale pod mostem? O co cho?

Krążyliśmy chwilę tam i siam wokół punktu na mapie. To musiało być gdzieś tutaj, ale schody prowadzące pod ziemię nie wydawały nam się najlepszym wyborem. Wreszcie zeszliśmy nieśmiało w mrok czający się poniżej linii asfaltu by przekonać się, że tam toczy się drugie życie miasta. Pod Magnificent Mile były drogi i chodniki, którymi przemieszczali się normalni ludzie, nie turyści. I na jednej ze ścian wisiał wielki szyld „Billy Goat Tavern, EST. 1934”. Byliśmy w domu. Z niepewną radością w duszy otworzyliśmy drzwi…

Kanapki wypchane różnymi rodzajami mięsa…dziwnie poirytowana, ciemnoskóra twarz, wpatrywała się w nas z dołu schodów. Od jegomościa dzieliło nas kilka stromych stopni, prowadzących kolejny raz w dół, co sprawiło, że zawahaliśmy się na moment. To wystarczyło abyśmy usłyszeli gromkie ponaglenie, że „dlaczego nie wchodzimy”, „przecież blokujemy wejście”, itd. Nim stawiliśmy się u stóp schodów, przed obliczem witającego nas murzyna w wieku na oko 50 lat, zostaliśmy odpytani odnośnie celu naszego przybycia: pijemy czy jemy? Zanim usłyszeliśmy własną, paniczną odpowiedź, już byliśmy ustawieni w odpowiedniej kolejce.

Fast, fast food

Szybko, bardzo szybko. Kolejka też szła szybko, a my nie zdążyliśmy jeszcze zapoznać się z menu! Oko latało po czarnych, oskubanych literach na żółtym podświetlanym plastiku. Hamburger, double hamburger, cheezborger (!), beef, beef, sheese, beeeeef… W tle trzech tęgich kucharzy zwinnie obsmażało mięso na blasze. Czas się kończył, a my nie wiedzieliśmy, co wybrać. To znaczy ja wiedziałem, zawsze mogę krzyknąć „BURGER” i będę uratowany! Ale Ania miała większy dylemat: jak w barze z burgerami wybrać coś co jest wegetariańskie?! Podczas gdy skrycie nienawidziła mnie za to, że puściłem ją przodem, zza lady padło sakramentalne: co dla Ciebie?

– I’m gona have french fries.
– We don’t have fries, only chips.
– Ok, so chips are ok, double please.

Menu w Billy Goat Tavern w ChicagoWydawało się, że wybrnęła z tej matni, że jest uratowana, że spokojnie zje podwójną porcję frytek. Jednak zdziwiona mina okrągłej murzynki przyjmującej zamówienie nie wróżyła nic dobrego. Zza lady wyłoniła się jej gruba dłoń i sięgnęła w stertę czipsów Lay’s, leżących na ladzie: „double chips?” Czar prysł – nie mają frytek, a prawilni Amerykanie popychają hamburgery chipsami! Ania zrezygnowana zrezygnowała z posiłku. Zirytowany wzrok murzynki przesunął się w moją stronę i nim zdążyła zapytać wykrzyczałem: cheeseburger! Double cheeseburger!

Nim echo mojego głosu ucichło w tej piwnicy, na ladzie pojawił się arkusz papieru pergaminowego, na którym wylądowała buła z burgerem. Dodatki trzeba było sobie samemu dodać, za pośrednictwem osobnego stolika. A dodatki były właściwie dwa – pełnia warzyw w postaci marynowanego ogórka (pickle) i grubo ciosanej cebuli. Do tego kilka sosów typu musztardo-ketchupowego. Kuchnia amerykańska – samo zdrowie!

Burger był smaczny, co było w jakiś sposób zaskakujące jeśli brać pod uwagę jakość obsługi i sposób przygotowania dania. Na tyle smaczny, że przed opuszczeniem Chicago zdecydowaliśmy się ponownie odwiedzić Billy Goat Tavern. Ania zjadła piwo, zresztą ja również, co znowu spotkało się z krzywym spojrzeniem – burgera przepija się colą! 🙂

Na tropie warzyw

Chipsy są dodawane do wszystkiego, nawet do śniadaniaW miastach nie było źle. Zawsze można było złapać jakiś supermarket, w którym na półkach chłodniczych w ładnie oświetlonych plastikowych opakowaniach czekały na nas ładnie umyte i pokrojone warzywa i owoce. Poza miastami, w miarę poświęcania kolejnych dni na przemierzanie Arizony, Utah i Nevady, budziła się nasza tęsknota za zdrowym jedzeniem. A Dziki Zachód to jednak głównie pustkowia, poprzecinane autostradami, z porozrzucanymi co kilkadziesiąt kilometrów stacjami benzynowymi. A tam warzyw nie uświadczysz…

…było jeszcze jasno kiedy minęliśmy pierwsze zabudowania Beatty. Cały dzień spędziliśmy na podróży do miejsca położonego najbliżej Death Valley i posiadającego wolne miejsca noclegowe. Trafiło na Atomic Inn, właśnie w Beatty, i po szybkim zameldowaniu się spróbowaliśmy zasięgnąć informacji żywieniowej. Tęga, zmęczona, zaniedbana recepcjonistka chciała być pomocna.

– Gdzie tu można zjeść coś ciepłego?

– Jest KC’s, Gema’s and Denny’s

Te nazwy nie napawały nas optymizmem. Podrzędne sieciówki na prowincji nie mogły mieć do zaoferowania nic, co uznalibyśmy za szczyt natchnienia kulinarnego. Wybraliśmy „KC’s OUTPOST eatery and saloon”, zostawiając marzenia o świeżym i zdrowym posiłku w sferze fantazji.

Kanapki to podstawowa forma wyżywienia JankesówBlond kelnerka dość energicznie wyłożyła nam menu. Polecała kanapki (sic!), znane w całej okolicy, z różnymi rodzajami mięsa i różnymi jego gramaturami. Ania wzięła sałatkę, która okazała się nędzną wariacją sałaty lodowej grubo ciosanej, ćwiartki pomidora i pomniejszych fragmentów innych warzyw. Ja skusiłem się na firmową kanapkę z indykiem, który zmieścił się do niej cały. Warzyw było tyle co w sałatce Ani…

Śniadanie? Nie, dziękuję!

Tak w ogóle, to kto kto to widział, żeby do śniadania podawać smażone ziemniaki!? Tutaj to jest standard! Oni uważają, że ziemniaki to są warzywa…

Merced, California. Kolejny motel, w kolejnej mieścinie, o nazwie nie wartej zapamiętania. Nieźle wyspani kierujemy się do recepcji, aby skonsumować śniadanie, które było w cenie noclegu. Przez szybę oceniliśmy najpierw pojemność lokalu na 4 osoby (wliczając recepcjonistę), która zresztą została już wyczerpana, by następnie ocenić menu, czyli gofry z lanego gotowego ciasta i słodkie bułeczki typu muffin. Przynajmniej nie ma ziemniaków… Szybkie spojrzenie na siebie i decyzja – jedziemy szukać czegoś do centrum.

Kuchnia amerykańska na śniadanie - omlet i smażone ziemniakiUmrzeć z głodu?

No właśnie… Wyszedł prowokacyjny tytuł, trochę zabarwiający rzeczywistość. Czy da się w USA zjeść dobre jedzenie? Oczywiście! Kuchnia amerykańska ma całą masę ciekawych potraw, charakterystycznych zarówno dla Wschodu, jak i Zachodu. Jednak trzeba się nagimnastykować, z premedytacją ich szukać. Bo zwykłe jedzenie jest niejadalne, jeśli staramy się odżywiać racjonalnie.

Ma to swój urok. Można poczuć się jak tubylec, jedzący byle co, byle jak. Ale jeśli jesteś przyzwyczajony do zdrowego odżywiania, to szybko zatęsknisz za wielkomiejskim hipsterskim jedzeniem…

Dodaj komentarz